wycieczki. te na jagody. i te dalsze. podróże - kultura - spotkania
Kategorie: Wszystkie | foto | kontakt/o nas | kultura/podróże | relacje | zaproszenia
RSS

kultura/podróże

środa, 22 lipca 2009

Na ostatnim spotkaniu bałkańskim Kuba Janiak, bohater kosowskich przygód, był z nami tylko duchem (i pojawił się na kilku slajdach). Tylko duchem, bo ciałem był już na końcu świata. Zapraszam na blog z jego podróży:

http://nothere.blox.pl/html

poniedziałek, 20 lipca 2009

Wkrótce pojawi się tu trochę relacji Bałkańskich.

A na razie zapraszam na blog Krysi o Sarajewie:


http://mojesarajevo.blogspot.com/

poniedziałek, 06 lipca 2009

wkrótce zamieścimy tu relację

środa, 01 lipca 2009

Przygotowania do wyjazdu zajęły prawie rok. A potem nastąpiła bardzo krótka piłka.

Spitsbergen przytarł nam nosa - dosłownie i w przenośni. 5 dnia wędrówki musieliśmy odpalić radioboję. Z trasy ściągnął nas helikopter ratowniczy.

A było to tak.
Na miejscu okazało się, że S to piękna wyspa - biało, biało, cicho i mało ludzi. Przylecieliśmy o g. 14, Cały dzień zajęło nam dopinanie formalności u gubernatora, wypożyczanie broni, pakowanie. Rano o 9 wyruszyliśmy. Pierwsze trzy dni były spaniałe - przemaszerowaliśmy przez góry do ogromnej doliny. Temperatury oscylowały wokół 15-20 stopni na minusie.

Czwartego dnia rano zaczęliśmy pokonywać zamarznięty fiord. 20 minut od rozpoczęcia marszu odwróciłem się do Aśki, a ta z przerażeniem stwierdziła, ze mam biały jak śnieg nos - odmroziłem go. Po 10 minutach pod kominiarką nos zaczął boleć do nieprzytomności. Ale nos to nie problem.

Ruszyliśmy dalej raźno. Tego dnia urobiliśmy 18 kilometrów. Wieczorem A. stwierdziła, że nie czuje dużych palców u stóp. Po rozstawieniu namiotu okazało się, że ma dwa duże palce - czarne. 2 lub 3 stopień odmrożenia. Długie rozcieranie, potem wkładki ogrzewające na noc do puchowych botków i mówimy sobie - że rano się okaże co dalej.

W nocy zaczęło napierać ostrym wiatrem. Ze słonecznej pogoda zaczęła się robić paskudna. Rano palce były wciąż czarne. Było jasne, że do przodu już nie pójdziemy (przed nami była przełęcz (10 km), po której przekroczeniu bylibyśmy w połowie drogi do Hornsundu).

Teraz zostawały trzy opcje - wracamy na własnych nogach zaraz, czekamy, wzywamy pomoc. Powrót na nogach raczej wskazywał na to, że palce odmrożą się jeszcze bardziej i może dojść do tego, że A. zostanie z 18 na resztę lajfu. Czekanie też niczego nie zmieniało, zwłaszcza, że zaczynała się zamieć śnieżna i pewnie potrwałaby ze 3 dni (potem rzeczywiście trwała 3 dni, a kierownik zimowania na Hornsundzie stwierdził, że nie było takiej zamieci odkąd tam przypłynął na jesieni).

Biorąc pod uwagę powyższe i zdając sobie sprawę że śmigło w zamieci nie lata, a my i tak stąd nie pójdziemy na nogach wykonaliśmy ten ruch, którego żaden Nansen czy Amundsen wykonać nigdy nie mógł...

Potem dowiedzieliśmy się, że feralnego dnia było minus 34. Nie czuliśmy tego - jak człowiek ciągnie 60 kilogramów sanek to się poci, a paluszki i noski sobie marzną.

Coż, człowiek już się nauczył przełykać gorzkie pigułki. Można powiedzieć, że wyszliśmy na niezłych lamerów, co się rzucają z motyką na słoneczko. Albo spojrzeć na to w ten sposób, że jakieś frycowe trzeba zawsze zapłacić. Niezwykle trudno się przygotować na sto procent do czegoś co przekracza własne możliwości. Ale po to się przecież człowiek tuła po padole, żeby tu i ówdzie wyskoczyć z siebie.

Na miejscu (w piwnicy hotelu) zostały sanie z liofilizowanym żarciem i dużą
ilością stafu. Poprawka za rok.

K and A